Czy ja w ogóle jeszcze jestem?

Nie będę pisał co u mnie, a jest dobrze. 


Tyle wam wystarczy mój braku czytelników. 


Mam 39 lat, czaicie to? Mam już 39 lat. A teraz opowiem wam pewną historię, moją historię, z pewnej perspektywy. Dość nie dawno dowiedziałem się tak wiele, aż tak wiele o sobie samym i zrozumiałem siebie o wiele wiele wiele więcej niż mogłoby się komukolwiek wydawać. Właściwie to zrozumiałem ostatnie 25 lat swojego życia. Ale zacznijmy od początku:


Jako dziecko zachorowałem na Artretyzm lub też Przewlekłe Reumatoidalne Zapalenie Stawów, w skrócie RZS. Miałem wtedy jakieś 6 albo 7 tak, nie pamiętam tego zbyt dokładnie. Pamiętam za to dokładnie fakt, że musiałem przez to przejść kilka dobrych lat leczenia w różnych szpitalach, sanatoriach itd. Chorowałem wytrwale, a to choróbsko nie chciało mi odpuścić. Musicie zrozumieć tutaj pojęcie czasu, wtedy były inne czasy, żyłem w post-komunistycznej Polsce, w raczkującej, wstającej z martwej tkance państwowej. Nie było ani dużo dobrych lekarzy, ani nowoczesnych leków, ani wspaniałych szpitali. Kisiłem się po śmierdzących pleśnią i komunizmem budowlach. Musiałem brać różne leki, aż doszedłem do takiego wiecie, poziomu mistrzowskiego gdzie się bierze to samo gówno co biorą ludzie śmiertelnie chorzy na raka. 


Pewnie większość z (nie)was, totalnie nie rozumie pojęcia RZS. Ba! Myślicie pewnie, że bolą mnie kości, czy tam stawy i to wszystko? Przejdę do tego później, no ale ogólnie na początku tak jest bolą stawy, okolice stawów itd. 


Pewien dość duży przełom nastąpił kiedy miałem 14 lat. Miałem dosyć tych wszystkich szpitali, tych tabletek (w szczególności ich!). Chciałem grać w kosza, palić zioło i cieszyć się życiem. Powiedziałem mojej mamie, że pieprze to leczenie, że wole zdechnąć niż żyć w takich warunkach. Czasłem dzwiami i wyszłem! Moja mama płakała, bo martwiła się o mnie, ale ja sobie nic z niczego wtedy nie robiłem. Poszedłem grać w kosza i wiecie co? I działało. 


Później przez wiele, wiele lat totalnie olewałem wszelkie objawy tej choroby. Do wszystkiego można się przyzwyczaić więc i ja przyzwyczaiłem się do bólów, szczególnie na przełomie lata i zimy. Mówiłem wam już jak słaba była służba zdrowia wtedy? Bardzo słaba. Żaden z lekarzy nie wyjaśnił mi, ani mojej mamie, jak naprawdę działa ta choroba, nikt nie powiedział, że to wcale nie jest tak, że to tylko boli. Oj, nie, nie! Tam dzieje się o wiele więcej... dużo więcej.


No więc miałem żonę, dziecko, pracę i moje pojawiające się i przemijające bóle. Ogólnie w okresach kiedy pogoda była pod psem czułem się jak gówno, i wcale nie chodzi o to, że mnie coś bolało. Czułem się jak gówno, bo moja psychika szwankowała, nie miałem siły, motywacji, chęci do życia... Właściwie to przez te wszystkie lata wyrobił się u mnie jakiś rodzaj strachu, strachu przed niżami atmosferycznymi! Później nie miałem żony, miałem alkoholizm, dziewczynę i moje kochane pojawiające się tu i tam bóle oraz moje okresy totalnej depresji. Przez co wszystko w moim życiu się pierdoliło: Wyobraźcie sobie sytuację, że robicie coś pasją, wasze życie działa jak należy wszystko jest ok i nagle nie stąd ni zowąd odechciewa wam się wszystkiego. Dosłownie wszystkiego. Nie ma już celów, nie ma już motywacji, jest szarość, bezkresność, bezsensowność. Miałem takich momentów w życiu aż zanadto i zawsze myślałem sobie: "No ok jesteś pierdolnięty, musisz z tym jakoś żyć". Pewnie nie tylko ja tak o sobie myślałem. 


Afektywna dwubiegunowa i RZS mają ze sobą dość wspólnego, bo obie choroby przejawiają się na zmianę okresami pełnymi energii i okresami depresyjnymi. Miejcie to na uwadze. 


Ogólnie miałem się za zdrowego przez większość czasu, a nadużywanie alkoholu jeszcze mi w tym pomagało. Pewnie chcecie, żebym powiedział, że mnie ta choroba doprowadziła do alkoholizmu albo coś? Nie! Za to biorę pełną odpowiedzialność, doskonale wiedziałem jak się to skończy, ale ten moment "ciszy w mojej głowie i spokoju w mojej duszy" był czymś zbyt pociągającym wtedy. Oczywiście można powiedzieć, że tak walczyłem z życiem, miałem średni związek, walczyłem o lepszą kasę, sytuacja mieszkaniowa nie była idealna, dziecko na głowie, problemy i problemiki plus do tego alkoholizm i jeszcze na dostawkę ta choroba, ta zmienność. Oczywiście miałem wtedy jeszcze nerwicę, bo czemu nie? Tak biegałem od psychiatry do psychiatry błagając o tabletki. Wow! Geniusz!


No ale powiedzmy, że się tam wyjaśniło, to znaczy zjebało się do końca wszystko i wyjechałem sobie do Niemiec. Tak naprawdę nie chciałem nigdzie wyjeżdżać, ale musiałem od siebie samego odpocząć, byłem takim emocjonalnym pojebem z nerwicą. Chciałbym móc powiedzieć o sobie z okresu 2014 - 2017 coś pozytywnego, ale byłoby to kłamstwo. 


Ok, czas płynął dalej. Moja mama kupiła sobie bilet w jedną stronę na tamten świat. Potem przyszła korona, a ja postanowiłem rzucić picie. Wow! Nie piję już tak długo... to nie jest wpis do lizania się po jajcach! 


Rzucanie picia nie jest proste, to długi proces, długi proces podobny do kupienia sobie nowego życia. Twój zniszczony alkoholem mózg zaczyna się odbudowywać, ale osobą, którą się było przestała istnieć. Stare życie przestaje istnieć i któregoś dnia zadajesz sobie pytanie "Kim ja kurwa teraz jestem?". I nie wiesz tego. Bardzo mało osób wychodzi z alkoholizmu, wracają do picia nawet po latach. Nie wiem, czy ja nie wrócę. Ktoś, kogo kocham nagle wywali się do góry girami i nie wytrzymam, i co? Ciężko znieść niektóre zakręty bez wyjebki (ależ zaleciało tanim rapem). 


W pewnym momencie jednak zacząłem doświadczać wielu dziwnych stanów, bóle były mi powszednie, jednak doszły do tego takie momenty jakby zmniejszonej świadomości. Muszę wam to wyjaśnić, żebyście nie mieli mnie za jakiegoś fana Scjentologii czy czegoś podobnego. Chodzi o takie momenty, kiedy nie jestem dokładnie w stanie zapamiętywać swojego dnia, nie umiem dobrze przypominać sobie co działo się kilka godzin wcześniej, wszystko jest jakby za mgłą. Także skupienie zanika. Do tego miałem dość intensywny światłowstręt. Długo zwalałem takie objawy na rzucenie alkoholu, no ale coś mi nie grało, bo praktycznie po roku powinno być wszystko normalnie, a nie było! Po dwóch latach też nie było... ani po trzech. 


Prawie-przełom nastąpił 2 lata temu. Nagle dostałem turbo depresji, turbo mega! Nie chciało mi się żyć, pracować ani nic. Miałem oczywiście moje bóle itd. Wykorzystałem to jako kartę przetargową u lekarza i zwaliłem na reumatyzm (O IRONIO!). Dostałem zwolnienie prawie na dwa miesiące, zwolnili mnie też z pracy, hehe! W sensie dali mi wypowiedzenie, hehe! Pani doktor zleciła mi zrobić badania z Faktorami RZS i faktorami stanów zapalnych. Lampeczka w mojej głowie niestety nie działała należycie, bo nie zatrybiłem jak zobaczyłem, że mam MONSTRUALNIE złe wyniki, szczególnie w zakresie faktorów stanów zapalnych. I wiecie co? Po dwóch miesiącach siedzenia na dupsku było już lepiej to olałem sprawę. Poszedłem dalej pracować. Hehe...


Idiota, co nie?


Prawdziwy przełom nastąpił niedawno. Znów dostałem turbo depresji, ale tym razem bóle były już większe. Gdzieś tam jakieś śladowe ilości inteligencji jeszcze mi chyba zostały, bo postanowiłem iść do REUMATOLOGA. Tam pobrano mi połowę krwi, jaką miałem i znów okazało się, że moje faktory (po polsku to chyba "czynniki") stanów zapalnych, dla tych, co kumają to OB, miałem gdzieś na poziomie stąd do księżyca. Zaczęło się moje katharsis! Latałem od lekarza do lekarza, i tak od słowa do słowa, za ich namową sięgnąłem po literaturę, aby więcej się dowiedzieć. 


Czego się więc dowiedziałem? Otóż RZS to choroba autoimmunologiczna, której geneza w organizmie nie jest do końca poznana. Odznacza się ona tym, że mój układ limbiczny, czyli odpornościowy, zachowuje się agresywnie wobec błon maziowych w stawach. Czego jednak nie wiedziałem, aż do teraz to stan taki może utrzymywać się przez długi czas nawet bezobjawowo, do tego stan taki powoduje podwyższenie ilości białych krwinek w krwioobiegu, a także pojawienie się stanów zapalnych. Nie mówimy tutaj o ostrym stanie zapalnym jak np. zapalenie miąższu zębowego. Mówimy tutaj o przewlekłym stanie zapalnym. Takie stany zapalne mogą prowadzić do bardzo, bardzo wielu różnych powikłań, a także dość mocno oddziałowywują na mózg. Mogą one prowadzić do depresji, światłowstrętu, braku motywacji lub "mgieł umysłowych". Tutaj nad Morzem Północnym mam ich więcej, bo jestem w strefie zmieniającego się drastycznie klimatu. Po prostu często podmieniają się niże arktyczne z wyżami saharyjskimi. 


Podjąłem leczenie. Minęły 2 tygodnie, a mi wróciły chęci do życia. Tak mój braku czytelników, w końcu mam energię i chęć do życia.